Kiedyś horrory były lepsze - prawda czy fałsz?
To że obecnie horror należy do jednego z najbardziej wyeksploatowanych gatunków filmowych, nie ulega chyba większej wątpliwości. Powtarzające się schematy, konwencje, motywy i tanie triki mające przestraszyć widza, najnormalniej w świecie zaczynają powoli nużyć. Coraz częściej słychać więc głosy, jakoby w latach 60-tych, 70-tych i 80-tych, kiedy to filmy grozy przeżywały swój rozkwit przebijając się z pozycji gatunku tanich VHS-sów do mainstreamu i kanonu filmów kultowych, produkowano lepsze dreszczowce. Z kolei te dzisiejsze, to w opinii wielu tylko podróbki i marne próby naśladownictwa klimatycznych i legendarnych już produkcji tamtej epoki. No cóż, w wielu przypadkach trudno się z takimi twierdzeniami nie zgodzić, ale czy nie jest to zbytnie generalizowanie? Tak jak każdy gatunek, tak i horror przechodził swoją metamorfozę, czasem z lepszym, czasem z gorszym skutkiem. Jednak czy naprawdę takie ogóle opinie mówiące o brutalności, o tym że teraz więcej krwi, że brakuje klimatu i niepokoju, jest sprawiedliwe? Na te pytania postaram się odpowiedzieć w tym artykule. Jednak najpierw przyjrzyjmy się horrorowi jako gatunkowi filmowemu i spójrzmy jak zmieniała się jego konwencja oraz poszczególne elementy budujące jego tożsamość. Ogólnie mówiąc, jak wyglądał horror kiedyś, a jak wygląda dziś.

ENE, DUE, RIKE, FAKE… ZABÓJCZA WYLICZANKA, CZYLI EPOKA SLASHERÓW



Slasher to podgatunek horroru w którego skład wchodzi chyba najwięcej klasyków gatunku. W końcu kto nie zna Freddy’ego Krougera, Michaela Myersa czy Jasona Voorhees’a? Kultowe postacie i symbole gatunku i popkultury tamtych lat, to bohaterowie najsłynniejszych slasherów w historii kina. Motyw filmowy który polega na stopniowej eksterminacji bohaterów przez określonego, bądź nieokreślonego w filmie antagonistę, był niezwykle popularny właśnie na przełomie lat 70-tych i 80-tych. Wtedy to właśnie przełamał on krzywdzący stereotyp mówiący, że ten rodzaj filmów, to kino klasy Z i że po prostu to się nie nadaje na duży ekran. „Piątek trzynastego” Carpentera, którego można uznać za ojca chrzestnego slaherów, ale i słynny „Koszmar z ulicy Wiązów”, „Halloween”, czy nawet mój ulubiony film (anty)świąteczny „Black Christmas”, to absolutne rodzynki horrorów-slasherów. Sam „Koszmar” doczekał się aż ośmiu kontynuacji, „Halloween” dziesięciu, a „Piątek” – dwunastu (!), o remakach i podróbkach nie wspominając. Cóż, pokazuje to chyba jak ogromny popyt na tego typu filmy panował w tamtym okresie. Twórcy dostarczali fanboy’om popularnych anytbohaterów niemal wszystko czego zapragnęli, np. poprzez tworzenie corssover’ów tj. „Freddy kontra Jason” gdzie bohaterowie obu horrorowych uniwersów gościli razem na ekranach kinowych. Brzmi jak mokry sen fana gatunku, czyż nie? Popularność produkcji tego rodzaju tkwi w zabawie formą, umiejętnie budowanym uniwersum, ciągłości historii, no i kampoe… kampie który wylewał się hektolitrami z ekranów i który z jednej strony bawił, a z drugiej strony sprawiał, że widz oglądając oblewał się zimnym potem niepokoju. Epoka slasherów lat 70-tych i 80-tych, to epoka horroru niezobowiązującego, klasycznego i przede wszystkim – klimatycznego. To niewątpliwy klucz do sukcesu i materiał to przemyślenia dla współczesnych reżyserów i scenarzystów. Jak to bowiem wygląda dziś? Czy w XXI wieku wyprodukowano jakikolwiek kultowy slasher?



Kultowy może nie… slasherów produkuję się teraz jak na lekarstwo, a przynajmniej tych klasycznych. Oczywiście w latach 90-tych wydawano jeszcze kontynuacje najpopularniejszych tytułów, ale były one raczej tylko kiepskimi powidokami epoki rozkwitu tego podgatunku. Obecnie pozycji które mogłyby być tak kultowe jak ich starsze odpowiedniki – nie ma i raczej prędko nie będzie. W 1996 roku do kin wyszedł „Krzyk” Wesa Cravena – kolejnej kultowej postaci kina grozy, no i to były chyba ostatnie podrygi slasherowego kina. Owszem, są takie filmy jak „The Collector”, „You’re Next” i „Wszyscy kochają Mandy Lane”, które można uznać za solidne, ale to już nie to samo. Brakuje postaci do których widz może się przywiązać, brakuje tego klimatu i brakuje przede wszystkim – strachu. Jednak nie na samych slasherach horror stoi. Spójrzmy więc na aspekt brutalności, czyli filmy gdzie dominującą barwą była ta czerwono krwista…

KRWAWA ŁAŹNIA, CZYLI HORRORY Z POD ZNAKU KINA GORE



Podgatunek którego osobiście nie lubię (choć sformułowanie „nie trawię” było by tu trafniejsze) i w przypadku którego ciężko będzie mi zachować obiektywizm. Z drugiej strony mówimy również o podgatunku niezwykle popularnym, mający sporą rzeszę wiernych fanów. Kino gore (bo o nim mowa) cechuje brutalność, litry wylewanej krwi i ogólne niepatyczkowanie się z widzem. Problemy z żołądkiem – murowane. Do krwawej klasyki należy jeden z pierwszych found footage (o nich trochę później) czyli „Cannibal Holocaust”, seria „Evil Dead”, no i chyba najpopularniejsza produkcja z Nowej Zelandii – „Martwica mózgu”. Współcześnie z kinem gore najbardziej kojarzy się seria „Piła”, która nie jest jednak aż klasycznym przykładem jak wyżej wymienione. Tutaj między tym co kiedyś, a dziś, można postawić znak równości. Ten rodzaj kina do ambitnych nie należy, w samym założeniu bardziej ma szokować i brzydzić, niż straszyć. Można powiedzieć: nie wiele się w tym aspekcie zmieniło. No może poza tym, że popularność tego rodzaju kina spada i obecnie uznaje się go za outsidera horrorowych podgatunków.

ŚWIT, DZIEŃ I NOC, CZYLI ROMERO I JEGO ŻYWE TRUPY



Filmy o zombie to obecnie jeden z najpopularniejszych motywów w filmach grozy. Serial „The Walking Dead” jest tego żywym przykładem. Jednak prawdziwe fundamenty pod obecną popularność filmów o chodzących trupach położył George Romero i jego seria zapoczątkowana filmem „Noc żywych trupów”. Raz że jako jeden z pierwszych obsadził w horrorze czarnoskórego aktora w roli głównej, to jego „Żywe trupy” były i są po dziś dzień, wzorem jak łączyć kino grozy z satyrą na społeczeństwo czy politykę. Ta mieszanka spodobała się krytyką i mimo niskiego budżetu „Noc” trafiła na listę kultowych przedstawicieli gatunku. Późniejsze kontynuacje (szczególnie te w XXI wieku) nie były już tak dobre, co chyba jest dość symboliczne w kontekście porównania obu epok horrorowego rozkwitu.

DEMONY, CZAROWNICE I ANTYCHRYŚCI, CZYLI HORRORY PARANORMALNE



Jedne z straszniejszych horrorów w historii kina bazują właśnie na motywach paranormalnych. Jak dziś pamiętam swoją pierwszą przygodę z filmami grozy, która przypadała właśnie na jeden z absolutnych hitów tego gatunku. „Omen” z 1976 roku jest i będzie dla mnie zawsze jednym z najbardziej klimatycznych filmów grozy. Dzieło (bo tak to trzeba nazwać) Richarda Donnera nie straszy w sposób typowy dla współczesnych produkcji. Możecie być jednak pewni, że uczucie niepokoju, lęku i nieustannego zagrożenia, towarzyszyć wam będzie od pierwszej do ostatniej minuty filmu. Nieco innym klasykiem horrorów paranormalnych jest wyprodukowany trzy lata wcześniej „Egzorcysta”. Trzeba przyznać że ten film akurat kiepsko się zestarzał, dziś wywołując salwy śmiechu, nerwowego co prawda , ale śmiechu. Nie oznacza to jednak że nie ma się czego bać. Karykaturalność, teatralność jakie są nieodłącznymi elementami każdej sceny z opętaną bohaterką, przeczą kompletnie realności. Ta jednak jest, paradoksalnie „Egzorcysta” pomimo tych wszystkich czynników wciąż należy do najrealniejszych i najbardziej pobudzających wyobraźnie filmów o opętaniach. Dzisiaj horror to jedna wielka plaga opętania… Po naprawdę udanym „Egzorcyzmie Emily Rose” worek z horrorami otworzył się na dobre, częstując nas widzów na zmianę szmirą, nudą i pastiszem, tylko od czasu do czasu racząc czymś zjadliwym. Co więcej, obecnie najmodniejszym sposobem na kręcenie „opętańczych” horrorów jest tzw. sposób z rąsi, czyli found footage. Pierwszy był wspominany już horror gore „Cannibal Holocaust”, później przyszła pora na jeden z najbardziej kasowych horrorów w dziejach (cięzko mówić inaczej skoro produkcja kosztowała kilkadziesiąt tysięcy euro, a zysk to około trzydzieści milionów) czyli „Blair Witch Project”. Dla mnie to jeden z bardziej przereklamowanych filmów, ale to właśnie on zapoczątkował mode na ff.. Owocem tego jest choćby seria „Paranormal Activity” – która z każdą kolejną częścią pokazuje jak NIE robi się horrorów, czy „Grave Encounters” – której pierwsza część była pewnym powiewem świeżości, niestety, w późniejszym czasie przechodzącym w stęchłą woń gatunkowego truchła. Obecnie można w sumie powiedzieć że tylko od święta i to głównie za sprawą Jamesa Wana, uda się czasem wyprodukować coś autentycznie strasznego. Teatralny i powracający „Naznaczony” oraz naprawdę mocna „Obecność” to obecnie najlepsze filmy tego nurtu. Oby były zwiastunem lepszych czasów, na to jednak prędko się nie zapowiada.

KOSMICZNE DRESZCZOWCE, CZYLI HORRORY SCI-FI



Kiedy myślimy o horrorach z gatunku sci-fi, do głowy przychodzi z pewnością jeden tytuł – „Obcy”. Sukces serii zapoczątkowanej przez Ridleya Scotta „8. pasażerem Nostromo” w 1979 roku trwa po dziś dzień, a sam reżyser pracuje obecnie nad kontynuacją popularnego kosmicznego dreszczowca. Ksenomorfy – bo tak fachowo nazywają się tytułowi Obcy, od zawsze wzbudzali lęk i przerażenie wśród widzów. Co ciekawe, w pierwszych filmach z serii przy scenach z ich udziałem prawie nie korzystano z efektów specjalnych. Twórcy zaprojektowali kilka kostiumów, a fragmenty z udziałem ksenomorfów odgrywali kaskaderzy. I tutaj z pewnością tkwi sukces „Obcego”. Nie sztuczne efekty, nie festiwal CGI, a naturalne i dopracowane w każdym detalu kostiumy, które sprawiały że potwory stawały się jeszcze bardziej przerażające i co najważniejsze – jeszcze realniejsze. Innymi filmami minionego wieku które zasługują na uwagę to z pewnością „Coś”, czyli horror przywoływanego wcześniej przy okazji slasherów Carpentera, oraz „Mucha” specjalizującego się w surrealistycznym i nieco obrzydliwym (a przy tym intrygującym kinie) Davida Cronenberga. Zarówno jeden jak i drugi obraz przeszedł już do klasyków gatunku, z czego „Mucha” to pozycja absolutnie wybijająca się spośród pozostałych i w swoim fenomenem zasługująca na osobny obszerny artykuł. Wspólnym mianownikiem wymienionych przeze mnie przykładów jest naturalność, nuta kampowości i intrygująca fabuła. Fabuła która nie skupia się na samym kosmosie, stworkach i brutalności, ale raczej na dogłębnej analizie bohaterów, ich lęków i próbie zmierzenia się z czymś kompletnie nieznanym. I czy to jest inna forma życia jak w „Obcym” i „Coś”, czy jest to zmierzenie się z własną transformacją jak we „Fly”, nieważne. Ważne że w przypadku tych filmów autentycznie jest się czego bać. Bo co mamy teraz? Kiepskiego jako horror „Prometeusza”, nudne „Pandorum” i żenujący remake „Coś”. Wszystko paradoksalnie w epoce efektów specjalnych i większych możliwości (szczególnie jeśli mówimy o sci-fi). Te jednak horrorom nie służą, horror woli naturalność i chyba właśnie dlatego tak ciężko obecnie o dobry film w tym gatunku.

CZY FAKTYCZNIE TAK TRUDNO DZISIAJ O DOBRY I KLIMATYCZNY HORROR?



Wciąż mówię jak to obecne horrory są gorsze, jak nudne i jak wyeksploatowane. Czasem jednak zdarza się że jakiś film zaprzeczy temu wszystkiemu co tak skrupulatnie przez 3/4 artykuły krytykowałem i da mi konkretnego kopa w cztery litery. Tak było choćby w przypadku kompletnie niszowej (przynajmniej wtedy) i mało komu znanej australijskiej produkcji „Babadook” i całkiem nie dawno przy okazji nocnego seansu „Coś za mną chodzi” i „The Witch”. Każdy z tych filmów był niezwykły i w pewien sposób wybijający się poza schematy współczesnego horrorowego trendu. „Babadook” to film o tytułowym potworze z książki dla dzieci, potworze który jest personifikacją i studium ludzkich słabości, trawestując na ekranie to czego boimy się najbardziej – ból i bezradność. Film świetnie ukazuje moc psychologicznego oddziaływania i siłę niedopowiedzenia. Podobnie sprawy się mają jeśli chodzi o film Davida Mitchella i Roberta Eggers’a. Tak więc z całą pewnością i przekonaniem mogę doradzić: jeśli masz dość oklepanych motywów i chcesz się oglądnąć nieszablonowy film grozy – szukaj w kinie niezależnym, unikaj mainstreamowych produkcji.

NO TO JAK TO W KOŃCU JEST? KIEDYŚ HORRORY BYŁY LEPSZE – PRAWDA CZY FAŁSZ?



Popularny ostatnio frazes niestety – nie jest bezpodstawny. Kiedyś produkowano produkcję na miarę „Lśnienia”, dziś otrzymujemy kiepską podróbkę „Carrie”. W latach siedemdziesiątych Freddy Krouger budził jednocześnie strach, ale i naszą sympatię. Dziś? Mamy plastikową maszkarę z CGI maską i płytką osobowością. Wydawać by się mogło – po co w ogóle oglądać współcześnie horrory? Ano po to, że mimo iż 99% produkcji to filmowy szrot, to jednak od czasu do czasu można trafić na produkcję której pomysłodawca jest takim samym fanem horrorów jak My. Człowieka który wie, że dobry dreszczowiec to nie efekty specjalne, to nie brutalność i płynąca litrami posoka. Człowieka który ma świadomość że nie ważne jest to ile pokażę, ile jumpscare’ów zaserwuje, ile bohaterów uśmierci, nie. Ważne jest to czego nie pokażę. Bo najbardziej boimy się tego, czego sami dostrzec nie możemy.

Autor: Konrad Zdziechowicz

Liczba wyświetleń: 6100
Data dodania: 26.05


Copyright © 2014-2015 || Jaki FIlm Obejrzeć || Dowiedz się jak katalogujemy filmy || O mnie